Zapraszamy do lektury wywiadu na temat prognoz dla polskiej gospodarki w 2026 z Piotrem Soroczyńskim, głównym ekonomistą Krajowej Izby Gospodarczej.
Od 2015 do 2024 r. udział inwestycji w tworzeniu PKB UE spadł z 20 proc. do 16,9 proc., przy średniej unijnej na poziomie 21,2 proc. W 2024 r.” (dane za Polskim Instytutem Ekonomicznym opublikowane w raporcie „Aktywność inwestycyjna polskich firm – skala i bariery” – przyp. red.). Trudno z optymizmem patrzeć na taką tendencję, choć z dumą podkreśla wzrost samego PKB o 3,6% w 2025 roku…
Gdybyśmy w tej chwili nie mieli dużych zmian strukturalnych w gospodarce to pewnie „rwałbym włosy z głowy”, ale być może sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.
Dlaczego?
Bo może się okazać, że my ze względu na takie, a nie inne wymuszenia regulatora europejskiego, który nas radośnie popycha w stronę tych rzeczy bardziej „zielonych” itp., to my w mniejszym stopniu niż do tej pory stawiamy na przemysł a w związku z tym, że musimy gdzieś dać ludziom pracę poszliśmy „w usługi”. Proszę zobaczyć, że stworzenie miejsc pracy w usługach jest zazwyczaj wyraźnie tańsze niż w przemyśle. Całkiem niedawno PAIH mówił o inwestycjach zagranicznych w Polsce i w pewnym momencie je rozdzielił na tą część usługową oraz przemysłową. Okazało się, że jedno miejsce w przemyśle było 10 razy droższe niż w usługach. Wydaje się, że część wzrostu jesteśmy w stanie podtrzymywać rozwojem w usługach. Oczywiście to też nie jest tak, że usługi są beznakładowe. Często myślimy o takich usługach prostych, typu nożyczki, nitka i krawiec, ale proszę zobaczyć, że są telekomunikacja czy banki. Tam nakłady nie są tak wysokie jak w przemyśle.
Mówimy o pewnego rodzaju zmianie struktury gospodarki?
Tak - to pewnego rodzaju dopasowywanie się do sytuacji. W tej chwili wiem, że my jako wytwórcy europejscy mamy poważny problem, bo nam się stawia coraz wyżej poprzeczkę. I nie mówię tu tylko o kwestiach środowiskowych, ale tego tak naprawdę było mnóstwo. Wystarczy popatrzeć, jak my w Europie traktujemy prawa człowieka, prawa pracy czy klienta. Tymczasem w większości krajów na świecie aż tak wysoko wyśrubowanych norm nie ma. Efekt widzimy na co dzień: jesteśmy drożsi w produkcji mnóstwa rzeczy i coraz trudniej nam konkurować. Zarówno na rynku wewnętrznym, jak i na rynkach światowych. Musimy usiłować sprostać konkurencji, tzn. tym, którzy tych kosztów dodatkowych nie mają. Stąd niektóre działalności tracą rację bytu, a przemysł traci na rzecz usług w strukturze gospodarki. Jako Europa starzejemy się, więc może się okazać, że tych miejsc pracy nie potrzeba tyle, jak się wszystkim zdawało.
Proponuje Pan zatem podchodzić do powyższych danych ze spokojem?
Oczywiście, że nie jest to nic miłego, natomiast może się okazać, że gdyby nie było dużych zmian strukturalnych to te dane odczytywalibyśmy w bardziej tragiczny sposób. A z inwestycjami jest po prostu słabo.
Przewodnicząca KE Ursula von der Leyen stwierdziła niedawno, że „istnieje wyraźny interes, by umowa handlowa z Mercosur (organizacja międzynarodowa zrzeszająca grupę państw Ameryki Południowej – przyp. red.) weszła w życie jak najszybciej”. Podziela pan to zdanie?
- Musi być istotny interes, bo gdyby go nie było to nikt by kijkiem nie poganiał. I oczywiście ona widzi ten interes. Ale musimy bardzo spokojnie rozłożyć co ta umowa wnosi. Bo ona oczywiście wnosi dużo szans, w tym również dla Polski. Ale wnosi również wiele zagrożeń. Nie jestem specjalistą od tej umowy i nie jestem w stanie wyważyć, których jest więcej oraz w jaki sposób optymalny te zagrożenia mitygować.
Spróbujmy jednak odłożyć pana skromne usposobienie i dokonać jakiejś analizy.
Po pierwsze faktycznie jest tak, że to spory rynek zbytu dla dóbr przemysłowych, na co zęby sobie ostrzą koledzy z Niemiec i Francji. My mamy taki kłopot, że jesteśmy trochę nieśmiali na rynkach bardziej odległych. Do tego niewątpliwie przydałoby się bardzo silne wsparcie ze strony administracji, bo sprzedaż w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej jest inną sprzedażą niż w Europie. Na Starym Kontynencie biznes rozmawia z biznesem. Tam natomiast musi być bardzo silna presja ze strony administracji, zaczynając od naszego ambasadora, który jest tam i ma odpowiednie środki. On musi przywozić biznes z Polski, poznawać go z biznesem i administracją tamtejszą. Pewnie powinniśmy mieć na różnych szczeblach kilku funkcjonariuszy w administracji, którzy w zasadzie nic innego nie powinni robić, jak mieli 200 wyjazdowych dni w roku w zachwalaniu naszych towarów i wyrobów. My bez takiej presji za dużo w Ameryce Południowej nie sprzedamy. Owszem, nasi przedsiębiorcy będą sobie radzić. Między innymi wsparcie izb gospodarczych jest pewnego rodzaju ekwiwalentem tego, że brakuje wsparcia państwowego. Co ciekawe, często, kiedy się rozmawia między izbami to spora część „tubylców” traktuje, jakby to przybyli do nich reprezentanci administracji.
Z jakiegoś powodu przed chwilą padły nazwy dwóch państw.
Bo duży interes głównie będzie możliwy dla naszych dostawców dóbr o charakterze zaopatrzeniowym, którzy kooperują z Niemcami i Francuzami. To oni liczyć mogą na bardzo duże zamówienia. Warto wspomnieć, że jeżeli umowa z Mercosur ruszy to pozwoli ona także na dostęp do pewnych złóż, których my w Europie specjalnie dużo nie mamy, a które mogą zabezpieczyć nam surowce dla kilku kluczowych branż.
A główne niepokoje?
Doskonale widzimy zagrożenia polegające na tym, że pojawić nam się może sporo żywności z zewnątrz. Już rozmawialiśmy o tym, że śrubujemy normy dla naszych producentów, a potem bez problemów wpuszczamy towar, który ktoś „obiecał”, że będzie w porządku i my w zasadzie nie mamy żadnych instrumentów, aby to sprawdzić. Albo może dojść do sytuacji, że te instrumenty oddaje się w ręce tego, kto… będzie sam siebie sprawdzał! Mówię o kwestiach jakości i bezpieczeństwa oraz zaopiniowania, że żywność jest „bardzo szczególna”.
Wnioski?
Jeżeli się nie produkuje żywności to w pewnym momencie jest się na pasku kogoś. Gdy coś się takiego na rynku zadzieje to nasi producenci będą się likwidować, a po dekadzie okaże się, że w zasadzie jesteśmy głównie zaopatrywani żywnością z zewnątrz. I ktoś ją nam dostarczy, albo nie. A mając tego świadomość podyktuje taką, albo inną cenę. To jest bardzo duże ryzyko.
W tym miejscu wywołam drugi, chyba bliźniaczy temat. Prawie 20 lat trwało wynegocjowanie porozumienia pomiędzy UE a Indiami. - To umowa, która będzie korzystna zarówno dla europejskiej, jak i polskiej gospodarki -powiedział minister finansów i gospodarki Andrzej Domański. Rzeczywiście warto było – z perspektywy polskiego biznesu - tak długo czekać?
To jest bardzo podobna, tylko w większej skali opowieść niż o Ameryce Południowej. Mówimy o Indiach, wielkim kraju, a w zasadzie prawie kontynencie. Może się okazać, że naszych wyrobów w tamtą stronę popchniemy więcej. Indie poszukują różnych rzeczy technologicznych. Oni przez długi czas byli uzależnieni w dużym stopniu od Rosji. Widać, że ten kanał im się kończy. Szukają więc technologii, by rozwijać swoją produkcję. Trzeba też pamiętać, że z jednej strony sporo tam sprzedamy, ale i odwrotnie: oni sporo sprzedadzą też do nas. Bez wątpienia to kwestia wystawienia się na konkurencję bez ograniczeń handlowych. To musimy mieć z tyłu głowy. Te wszystkie ograniczenia dla producentów, które są w Europie. Pytanie, czy ktoś to w odpowiednim stopniu wyważył.
A w Pana ocenie, dobrze wyważył?
- Osobiście myślę, że nie. To jest dopuszczenie do naszego wspólnego rynku bardzo dużej ilości producentów, którzy nie muszą spełniać wymogów takich samych jak europejscy przedsiębiorcy. Powiem więcej, my jesteśmy traktowani przez Unię Europejską gorzej, niż ci obcy. To może być kolejny element sporu, który ja żartobliwie nazywam sporem nas unijnych producentów lokalnych z „republiką kupiecką”, która w zasadzie tylko pośredniczy w sprzedaży. Im jest wszystko jedno skąd jest towar. Oni nie są z nikim specjalnie mentalnie związani, no może mają w swojej centrali kilku dobrze opłacanych pracowników. Ale to jest nic w porównaniu z ilością robotników, których trzeba zatrudnić przy produkcji poszczególnych towarów.
Kto wchodzi w skład owej republiki kupieckiej?
- To nawet nie jest kwestia poszczególnych państw czy branż. To raczej przynależność mentalna. Sporo jest takich ludzi, którzy mają takiego bakcyla, że gdzieś tanio kupi, gdzieś dowiezie itp. Z punktu widzenia pojedynczych przedsiębiorstw to są zasadne rzeczy, ale państwa nie powinny do czegoś takiego dopuszczać, bo potem mają erozję bazy podatkowej. Efekt? Ludzie przestają zarabiać, przestają mieć pieniądze.
Przywołam kolejny cytat: - Z każdym kolejnym rokiem globalna gospodarka staje się mniej zdolna do generowania wzrostu, a zarazem wydaje się bardziej odporna na niepewności w zakresie prowadzonych polityk – mówi Indermit Gill, główny ekonomista Grupy Banku Światowego i wiceprezes ds. ekonomii rozwoju. O ile pierwsza część tego zdania nie podlega dyskusji, to czy mówienie o większej odporności globalnych interesów jest rzeczywiście uzasadnione? Jakie tendencje – w pana odczuciu - obecnie panują i w polskim, i w zagranicznym biznesie?
Jeżeli myślimy o tej niezdolności do generowania wzrostu to dla mnie ona ma dwie przyczyny. Po pierwsze nie ulega wątpliwości, że rozwój świata postępuje. Jeżeli świat przeciętnie jest na coraz wyższym poziomie, to w związku z tym jest coraz trudniej robić wysokie wzrosty. Druga rzecz, która może być związana z tym, że mamy mniejszą tendencję do prowzrostowych rzeczy jest to, że gospodarka światowa podąża w stronę tylko dużych i bardzo dużych podmiotów. Oni skupiają coraz więcej biznesu i to działa na spowolnienie wzrostu dwukierunkowo. Raz, że jeżeli jest mniej tych małych i średnich to mniej dobrych pomysłów się przebija na wierzch. Kiedy gospodarka w większym stopniu była oparta o tych małych i średnich to pomysłów było dużo. Bo każdy próbował się wybić. Dwa - jeżeli ja zaczynam coraz bardziej działać jako struktura idąca w stronę monopolu to mogę racjonalizować tempo postępu. To znaczy mam jakąś bazę pomysłów, którymi zaskoczę konsumentów i powoli je dawkuję. Nie mam powodu, żeby się ścigać, bo nie mam konkurencji. To nie sprzyja wzrostowi.
Teraz ta druga rzecz. Czy my jesteśmy bardziej odporni? Nie sądzę. My wciąż mamy bardzo odległe łańcuchy dostaw i do tego mocno zmonopolizowane. Prosta kosztowa zależność: jeżeli ktoś przedaje nam dużą porcję towaru na raz to to jest z natury taniej. Jeżeli ja muszę ściągać z 3-4 różnych miejsc to musi to dodatkowo kosztować choćby pracę logistyczną. Nie bardzo widzę, żeby świat zmądrzał i żeby po pandemii istotnie zmniejszył zależności. Choćby substancje do produkcji leków. Do dziś nic z tym nie zrobiono. Mamy za to coraz bardziej bombastyczne przemówienia, jak ostatnio w Davos.
Na koniec pokuśmy się o krótkie prognozy dla polskiej gospodarki na najbliższe miesiące.
W 2024 roku mieliśmy 3% wzrostu, w 2025 - 3,6%. Plany na 2026 są, aby było to około 4% wzrostu. To sporo. Ale muszę podkreślić jedną bardzo ważną rzecz. Dzisiejsza sytuacja jest trochę inna, niż gdybyśmy rozmawiali 10 lat temu. Kiedyś, gdybyśmy mówili, że tego wzrostu jest 3 czy 5 to moglibyśmy zakładać, że nasz biznes będzie rozwijał się niemal w każdych sektorach właśnie w takim tempie. Teraz jest z kolei tak, że mamy dużo branż i firm które funkcjonują znacznie gorzej i sporo takich, które prosperują lepiej. To jest ta restrukturyzacja gospodarki, o której mówiliśmy na początku. Co ten wzrost w tym roku będzie wspierać? Istnieje wiele przesłanek, żeby sądzić, że jednak będziemy mieli istotne przyspieszenie w inwestycjach. To będzie rozbudowa i unowocześnianie w zakresie mocy produkcyjnych.
Skąd czerpać ten optymizm?
Od jakiegoś poł roku widać, że zaangażowanie kapitałowe wzrasta i nie jest to jednorazowy strzał. Będzie sporo inwestycji ze strony szeroko rozumianej administracji centralnej i lokalnej. Poprawić powinno się w mieszkaniówce. Oceniam również, że osiągniemy bardzo przyzwoity poziom konsumpcji. Dodatkowo pojawi się większy popyt przy niższym poziomie stóp. My często w dobrach konsumpcyjnych - zwłaszcza tych trwałych - posiłkujemy się jakąś akcją kredytową. O nią będzie łatwiej.
Bliskość z granicą niemiecką powoduje wyczulony barometr na tamtejszą sytuację u lubuskich przedsiębiorców. Sporo się tam dzieje…
Kłopot z oceną niemieckiej gospodarki jest taki, że jeżeliby patrzeć przez pryzmat tego, co tam się wyprawiało ze wzrostem, to w zasadzie oni mieli ładnych kilka lat takiej stagnacji przeplatanej z recesją. Przez dane widzimy głęboką restrukturyzację w gospodarce. Oni bardzo dotkliwie odczuwają to, co sami nam zafundowali, czyli „zielony ład”. Bardzo poważne problemy ma cały sektor automotive, podobnie jest z branżą chemiczną. A to były ich flagowe sektory. Moim zdaniem oni Niemcy są w tej chwili w trakcie bardzo głębokiej przemiany i poszukiwania pomysłu na siebie. Kłopot polega na tym, że oni sami nie do końca sprawiają wrażenie, że wiedzą, gdzie chcą dojść. To jest dla nas kłopot, bo nasze firmy są dla nich bardzo poważnym dostawcą.
Co to znaczy, że nie wiedzą, gdzie chcą dojść?
Nie wskazali jednego planu, że np. teraz będą szli w lotnictwo lub inny sektor. W związku z tym, część uczestników rynku czuje się zagubiona. Prawdopodobnie Niemcy mają jakieś kierunki, które obiorą, aby jak najszybciej wrócić do gry. Proszę zobaczyć, że ich zmiany dotyczą polityki fiskalnej i tego, ile mogą wydać i na co. Dużo się mówi o tym, że część automotive - które teraz nie ma zatrudnienia - będzie robiło na potrzeby zbrojeniowe. Oni też zaczęli mówić o wydatkach obronnościowych. Często wykorzystuje się dwa hasła: obronność i odporność. To drugie to też nowa infrastruktura, np. magazyny. Niewykluczone, że oni przy tym dadzą na tyle dużo zatrudnienia, że niemiecka gospodarka się z tego marazmu wybije.
Ewidentnie poszukują też czegoś w zakresie nowego podejścia do energii. Z drugiej strony trzeba pamiętać ze to gospodarka bardzo zasobna i bogata.
Dużo niewiadomych w tym wszystkim…
Trzeba mieć rękę na pulsie, bo my w dużej ilości miejsc ich zaopatrywaliśmy. Może się okazać, że to zaopatrzenie do produkcji będzie trochę inne, ale jego duża część nadal będzie szła od nas.
Wywiad ukazał się w lutowym numerze Głosu Przedsiębiorcy.


